Home > Racjonalo > Pan doktor pisze list

Pan doktor pisze list

September 1st, 2009 Leave a comment Go to comments

Wróciłem z urlopu. Było ciężko.

Jeżdżę na wakacje do miejsca popularnego wśród frondziarzy i niuejdżowców. Dlaczego tam jeżdżę? Bo świetnie karmią (potrafią zachwycić nawet pierogami z wkładką mięsną), pokoje są przestronne, a dzieci się świetnie bawią — i zarażają katolickie dzieci świeckimi memami, fuck yeah! Poza tym gospodarstwo jest położone daleko od szosy i spokój zakłóca jedynie kilku rolników, którzy nie chcą się pogodzić z zamknięciem PGR i dalej orzą pola służbowymi traktorami. Wracam stamtąd tak wyciszony, że aż płaczę ze strachu w metrze.

Podczas moich poprzednich pobytów napotykałem i Ciasnych, i Kosmitów, ale nigdy w takiej sile jak teraz. Można było narysować linię dzielącą jadalnię na pół. Lewą połowę zapełniali goście w t-shirtach ze sklepu o ironicznej nazwie Księgarnia Ludzi Myślących, narzekający na proboszcza nadmiernie ulegającego wpływowi Rady Parafialnej (bracia i siostry, ale nas dramaty omijają!), spierający się o rolę okultyzmu w treningach karate i twierdzący, że w przedszkolach steinerowskich adwent jest na odwrót (cokolwiek to znaczy), a dzieci śpiewają hymny do Szatana. Po prawej siedzieli nieszczepiący dzieci pacjenci doktora Romanowskiego, wierzący, że choroby biorą się z brudu i kontaktu z glebą, na co dowodem jest rzeczony doktor, któren w dwudziestoletniej karierze chirurga nigdy się niczym nie zaraził od chorego. Ich dzieci zaczynają dzień od kaszy jaglanej, która jest ponoć naturalnym antybiotykiem, lepszym od antybiotyków nienaturalnych, których nienawidzą, a które lekarze, do których nie chodzą, namiętnie przepisują im na infekcje wirusowe. Poddanie w wątpliwość leczenia antybiotykiem wirusa kwitują okrzykiem „Byś się zdziwił! Dają osłonowo!”. Po takiej ripoście odechciewa się pytać, w czym bakteriobójczość kaszy jaglanej jest lepsza od bakteriobójczości antybiotyku z apteki, czy właściwości bakteriobójcze kaszy jaglanej zostały potwierdzone badaniami klinicznymi, czy to aby na pewno dobra rzecz, że kasza jaglana takie właściwości posiada i czy w związku z tym nie należałoby jej podawać pod nadzorem lekarza.

W czasie jednej z dyskusji, w której jako argumentu użyto wieloletniego doświadczenia medycznego doktora R. (gdzie jesteś, Naczelny Sądzie Lekarski?), przez moment rozmowa zboczyła na temat doświadczenia innego lekarza, autora listu do Gazety Wyborczej. List ów opublikowano w Internecie w lipcu, a w papierowym wydaniu ukazał się chyba dopiero w drugiej połowie sierpnia. Mam nadzieję, że jakiś redaktor działu naukowego przez miesiąc leżał Rejtanem między boksami w newsroomie i nie pozwalał na druk. Może chciał się zrehabilitować za puszczenie kuriozalnego tekstu doktora Kokoszczyńskiego o homeopatii bez opatrzenia go komentarzem lub przynajmniej dużym czerwonym napisem „UWAGA, BZDET”?

List odbił się lekkim echem w Internetach — na różnych Blipach link pojawiał się z komentarzami w stylu „Nareszcie ktoś napisał prawdę”. Na stronie Wyborczej oceniło go ponad tysiąc osób (średnia ocena: 4,5/5), pod artykułem rozpętała się też słusznych rozmiarów dyskusja. List napisany jest z pasją i gniewem, a jego autor, Janusz Osadziński, chirurg pracujący na oddziale ratunkowym jednego z największych warszawskich szpitali, stawia w nim następującą tezę (podkreślenia moje, interpunkcja autora):

Z moich dwudziestoletnich obserwacji, popartych zresztą prowadzonymi przeze mnie statystykami, wynika prosta odpowiedź: oni zginęli nie tam gdzie stali policjanci, i zginęli nie z takich przyczyn, o jakich wszyscy opowiadają . I nie chodzi tu o tak banalny fakt, że policjanci stali na siedemdziesiątym kilometrze „gierkówki” a ktoś zginął na siedemdziesiątym piątym.

Chodzi o to, że w Polsce zdecydowana większość ludzi na drodze ginie w zupełnie innych okolicznościach niż wynika to z obrazu kreowanego przez media, policję i polityków.

Z moich statystyk wynika: małolat w czarnej beemce z ciemnymi szybami pod wpływem amfetaminy lub alkoholu trafia do szpitala (lub trafiają jego ofiary) raz na dwa miesiące. Motocyklista, który kogoś zabił, trafia się raz na pół roku. Natomiast, motocyklista, którego ktoś zabił lub próbował zabić, trafia do nas dwa razy w tygodniu.

A wiecie Państwo kto jest, też w moich statystykach, absolutnym numerem jeden jeśli chodzi o liczbę ofiar? Jest to pani lat 30-40, trzeźwa, w dobrym, służbowym samochodzie, przejeżdżająca pieszego na pasach. To się zdarza CODZIENNIE, i to kilka – kilkanaście razy dziennie. (…)

Proponuję Państwu redaktorom „Gazety Wyborczej”, zwykle bardzo rzetelnie przygotowującej materiały do publikacji: sprawdźcie ogólnopolskie statystyki we własnym zakresie. Ale krytycznie, nie na zasadzie, że patrol policji wpisał w rubryce przyczyna wypadku: szybkość, brawura itp. Po każdych wyborach publikujecie bardzo dokładne statystyki kto gdzie na kogo głosował, w podziale na kategorie wiekowe, materialne, miejsce zamieszkania, wykształcenie itd. Opublikujcie, proszę, podobne statystyki w odniesieniu do wypadków komunikacyjnych.

Jeśli najwięcej ludzi zabija 20-letni młodzieniec, to zakażmy wydawania mu prawa jazdy przed 25. rokiem życia. Ale jeśli okaże się, że najwięcej ludzi zostaje zabitych przez kierowców w wieku 30-60 lat, trzeźwych, którzy nigdy w życiu nie przekroczyli 120 km/h, prawo jazdy mają od co najmniej kilku lat (a tak właśnie jest !) — to mamy problem.

Sprawdzić statystyki? To się da zrobić! Tak się składa, że Komenda Główna Policji publikuje je, elegancko opracowane i w wygodnym formacie PDF. Ile zatem wypadków spowodowały w naszym kraju w 2008 r. panie w wieku 30-40 lat?

Kierujące pojazdami kobiety spowodowały 17,4% wypadków (str. 29 powyższego dokumentu). Osoby w wieku 30-39 lat — ok. 18% wypadków (str. 30; przy okazji pragnę wyrazić ogólny szacun dla grupy 38 kierowców-sprawców wypadków w wieku 0-6 lat). Jeśli przyjmiemy dla wygody, że kobiety popełniają podobną ilość wypadków niezależnie od wieku, wyjdzie nam, że owe drogowe morderczynie były sprawcami ok. trzech procent wypadków drogowych.

Pan doktor jest z Warszawy, może więc Warszawa jest specjalna? Trudno powiedzieć: nie udało mi się znaleźć statystyk warszawskich z uwzględnieniem podziału na płeć sprawcy. Z ogólnopolskiego dokumentu wynika jednak, że stolica nie wyróżnia się na tle reszty kraju, ani pod względem liczby wypadków, ani liczby ofiar. Istnieje oczywiście możliwość wystąpienia jakiejś niezwykłej anomalii, np. że jeśli kobieta powoduje wypadek, to jest to najechanie na pieszego. To 30% wypadków (str. 24), więc kobiety z ich 17-procentowym sprawstwem rozjeżdżałyby ledwie połowę ofiar. Można założyć, że w poprzednich latach kobiety powodowały więcej wypadków — to też da się sprawdzić! 1999: 11,8% wypadków, 6,7% ofiar śmiertelnych; 2000-2004: brak danych; 2005: 15,9% wypadków; 2006: 16,1%; 2007: 16,6%. Jest trend wzrostowy, obywatelu doktorze!

Można próbować jeszcze torturować te statystyki na wiele sposobów, zakładając na przykład, że kobiety jeżdżą tylko po terenie zabudowanym, że tylko osobówkami — ale cały czas nie zbliżymy się do potwierdzenia tezy pana doktora, że to one są głównymi sprawcami wypadków. Ze statystyk wynika, że obraz młodego faceta prującego po mieście jako najczęstszego sprawcy jest niedaleki od prawdy. Skąd zatem u pana doktora taki radykalny wniosek?

Moim zdaniem najbardziej prawdopodobna jest następująca diagnoza: pan doktor cierpi na przewlekły zespół efektu potwierdzania wywołany przez ostrą mizoginię. O efekcie potwierdzania pisałem już kiedyś, używając zresztą przykładu medycznego: jeśli pielęgniarka wierzy, że podczas pełni księżyca jest większy ruch na ostrym dyżurze, będzie zapamiętywać tylko te pełnie, w czasie których faktycznie na erce jest tłoczno, a nie odnotuje tych, w czasie których panuje spokój. Efekt potwierdzania odnotowałem u siebie podczas drogi powrotnej z gór. Jestem święcie przekonany, że wszyscy warszawiacy to piraci drogowi i szaleńcy, więc kiedy przez podwójną ciągłą i przejście dla pieszych wyprzedzał mnie samochód na stołecznych blachach, mruczałem pod nosem „Wiadomo, pan ode mnie z miasta”. Kiedy podobny manewr wykonywał np. ostrowianin świętokrzyski, nie mruczałem nic.

Pan doktor najwyraźniej ma ugruntowany pogląd na temat kobiet za kierownicą — i sądząc po reakcji na jego tekst, ten pogląd podziela wielu Polaków. Moi współbiesiadnicy wakacyjni kiwali głowami i opowiadali anegdotki, jak to baba ich gdzieś wiezła i mało brakowało, a skończyliby w rowie, albo jak inne babiszcze prawie ich przejechało. Jak widać, owe historyjki nawet nie są dowodami anegdotycznymi na tezę o kobietach-morderczyniach (bo mało brakowało, bo prawie), za to mówią to samo, co pan doktor: baby źle jeżdżą i nie uważają. Co było do udowodnienia. Tylko czemu Gazeta Wyborcza drukuje pokarm dla buców?

P.S. Blogokomentator Veln znalazł w sieci jeszcze trochę statystyk, z których wynika, że statystyczna kobieta-kierowca powoduje wypadki rzadziej niż statystyczny kierowca płci męskiej:

Dane Instytutu Transportu Samochodowego mówią, że kobiety powodują jeden wypadek na 6,7 mln przejechanych samochodem km, a mężczyźni raz na 4,7 mln km, czyli częściej. Według danych ITS 32 proc. dorosłych kobiet ma w Polsce prawo jazdy kategorii B, co stanowi 35 proc. kierowców aut osobowych.

P.P.S. Wydało się, że autor tekstu zapomniał wspomnieć o swoim hobby. Ta informacja miałaby zapewne wpływ na społeczny odbiór tekstu. Doktor Osadziński lubi sobie bowiem w czasie wolnym od pracy pojeździć na motorze.

Tags:
  1. blue.berry
    November 27th, 2009 at 17:24 | #1

    jeszcze co do raka szyjki macicy.

    “W skali całego świata rak szyjki macicy jest drugim, co do częstości rakiem, który dotyka kobiety i drugą, co do częstości przyczyną zgonów wśród kobiet z powodu raka.
    - Prawie 80% przypadków raka szyjki macicy dotyczy krajów rozwijających się.
    - Globalnie, co roku notuje się 500000 nowych zachorowań 13 , a około 300000 kobiet umiera z powodu raka szyjki macicy.
    - Szacuje się, że na świecie liczba kobiet chorych na raka szyjki macicy sięga 1,4 miliona.
    - W Polsce zapada na ten typ raka ponad 3 600 kobiet rocznie, z czego umiera co roku ok. 2000 – jest to jeden z najwyższych wskaźników w Europie (9,4/100 000).”

    [dane z 2004 roku. zapadalność - 3345. zgony - 1819. ]

  2. Nachasz
    November 27th, 2009 at 17:26 | #2

    bart :

    Nachasz :
    Ciekawe, skąd tak niska śmiertelność się bierze…
    Na pierwszy rzut oka to chyba nie są prawdziwe dane, albo jakieś wyrzezane np. z tylko jednej grupy wiekowej.

    Mnie rozbawiło to, że niska śmiertelność wynikła ze stosowania szczepień jest dla nich argumentem przeciwko szczepieniom.

  3. November 27th, 2009 at 17:33 | #3

    Nachasz :

    Mnie rozbawiło to, że niska śmiertelność wynikła z zastosowania szczepień jest dla nich argumentem przeciwko szczepieniom.

    Ała soraski, głupi ja.

  4. November 27th, 2009 at 17:35 | #4

    sloniacz :

    Mimo wszystkich epitetów jakie tu usłyszałem miło mi było a i sporo się dowiedziałem.

    Przy następnym spotkaniu odpytam cię z odporności grupowej.

  5. Veln
    November 27th, 2009 at 18:19 | #5

    sloniacz :

    wiesz ile jest odmian wirusa HPV a przed iloma broni szczepionka? Jej skuteczność w najlepszym wypadku to jakieś 66% (zakładam, szczepionka działa że 2/3 odmian tego wirusa). Ile kobiet będzie stać zapłacić 1500zł za to szczepienie?

    I to mówi ten, który wolałby wywalić w chuj szczepionki i leczyć wszystko po fakcie (gruźlicę, a teraz jeszcze większe what, czyli rak szyjki macicy). kthxbye

  6. janekr
    November 27th, 2009 at 18:42 | #6

    jaś skoczowski :

    No właśnie, ja chciałem rozmawiać o Wittgensteinie!!!!!!!!!!!!111111111111111oneone

    Nie warto. Przecież on pośmiertnie ogłosił, że jego jedyna wydana za życia książka była błędna. I o kimś tak niekonsekwentnym chcesz rozmawiać?

    (A jakże, mam autorytet na podparcie)

  7. November 28th, 2009 at 00:23 | #7

    @BCG

    Prawdą jest, że obecnie szczepionka BCG nie jest już tak skuteczna, jak niegdyś, bo prątki się wycwaniły (czyt. wyewoluowały). Co gorsza, skuteczność BCG jest najwyraźniej bardzo różna w zależności od podłoża genetycznego. Dlatego też powstają nowe szczepionki na gruźlicę.

    Kompletną bzdurą natomiast jest pomysł, że leczenie gruźlicy może zastąpić szczepienia.

    Po pierwsze, infekcji TB nie da się wyleczyć. Można wyleczyć gruźlicę, ale osoba raz zainfekowana w praktyce zawsze będzie nosicielem i zawsze może doznać nawrotu choroby, ponieważ te bakterie “hibernują” wewnątrz komórek gospodarza, gdzie nie sięgają ich antybiotyki. Nie wiemy, jaki jest dokładnie mechanizm przejścia ze stadium nosiciela do pełnoobjawowej gruźlicy — nie potrafimy przewidzieć, kiedy nosiciel zachoruje na gruźlicę.

    Po drugie, M. tuberculosis stosunkowo łatwo nabiera oporności na antybiotyki. Szczególnie w Europie Wschodniej jest duża proporcja szczepów opornych na antybiotyki pierwszej fali (szczepy MDR), jak i nawet drugiej fali (szczepy XDR). Opisywałem to już tutaj, nie będę się powtarzał; tam też są odnośniki do literatury fachowej.

    Po trzecie, skutki uboczne antybiotyków są poważne — zwłaszcza w przypadku antybiotyków drugiej fali.

    Po czwarte, nawet jeśli ochrona nie jest stuprocentowa, to i tak może wystarczyć do powstrzymania epidemii, a dla zaszczepionego — znacznie zmniejszyć ryzyko zachorowania.

    Państwa rozwinięte przez wiele lat niezbyt interesowały się gruźlicą, ponieważ wydawało się, że szczepionki i antybiotyki sobie z nią poradziły. Tymczasem w Rosji w tej chwili jest epidemia, a 10-15% zakażonych jest nosicielami szczepów wysokoopornych na antybiotyki (XDR). W tej sytuacji nawoływanie do zaprzestania szczepień — nawet tych mniej skutecznych — wydaje mi się conajmniej lekkomyślne.

    Jasne, od tego są wakcynolodzy i epidemiolodzy, żeby ocenić ryzyko, policzyć koszty i zyski i zdecydować, czy należy szczepić wszystkich, czy może tylko grupy ryzyka; którą szczepionkę wybrać i tak dalej. Trzeba ich pilnować, żeby przedstawiali swoje racje. Ale pisanie, że szczepionki są zbędne, bo mamy skuteczne leki to głupota: nie mamy skutecznych leków.

    I na koniec jeszcze jedno: osobiście wolę, żeby mój organizm walczył sam z bakterią niż truć się antybiotykami. Szczepionki są “bio-eko” — wykorzystują naturalny, najbardziej złożony mechanizm walki z infekcjami bakteryjnymi jaki istnieje w przyrodzie. Nie ma bardziej naturalnego leczenia. A wszystkie te tiomersale i adjuwanty to pryszcz i pikuś w porównaniu z toksycznym syfem, jakim są antybiotyki.

  8. November 28th, 2009 at 00:28 | #8

    @ January:
    Obawiam się, że sloniacza nie przekonasz. Co więcej: dostał właśnie do ręki następny argument: PATRZCIE, KOLEŚ OD SZCZEPIONEK MÓWI ŻE ANTYBIOTYKI TO SYF !!1ONEELEVEN!!!1

  9. Veln
    November 28th, 2009 at 07:44 | #9

    eli.wurman :

    Obawiam się, że sloniacza nie przekonasz. Co więcej: dostał właśnie do ręki następny argument: PATRZCIE, KOLEŚ OD SZCZEPIONEK MÓWI ŻE ANTYBIOTYKI TO SYF !!1ONEELEVEN!!!1

    A mi się wydaje, że ten argument jest całkiem czadowy do walki z antyszczepionkowcami – no jak w sumie można zwalczać szczepionki preferując antybiotyki na gruncie “bo skutki uboczne”.

  10. November 28th, 2009 at 08:00 | #10

    eli.wurman :

    @ January:
    Obawiam się, że sloniacza nie przekonasz. Co więcej: dostał właśnie do ręki następny argument: PATRZCIE, KOLEŚ OD SZCZEPIONEK MÓWI ŻE ANTYBIOTYKI TO SYF !!1ONEELEVEN!!!1

    A ja nie chce go przekonywać, ja tylko chcę, żeby ktoś inny się nie nabrał.

    A antybiotyki to oczywiście jedno z największych odkryć medycyny. I nie każdy antybiotyk jest aż takim syfem, jak antybiotyki stosowane przy leczeniu XDR-TB.

    EDIT: ops, bo teraz do mnie dotarło — nie jestem “facetem od szczepionek” bardziej niż “facetem od antybiotyków”.

  11. cdesign proponentist
    November 28th, 2009 at 10:43 | #11

    Veln :

    mi się wydaje, że ten argument jest całkiem czadowy do walki z antyszczepionkowcami – no jak w sumie można zwalczać szczepionki preferując antybiotyki na gruncie “bo skutki uboczne”

    Fajnie, tylko że oni chyba wolą też homeopatię, urynoterapię i MMS zamiast antybiotyków.

  12. sloniacz
    November 30th, 2009 at 08:56 | #12

    http://dziecko.onet.pl/37053,0,0,chinska_metoda_na_nieplodnosc,1,artykul.html
    Chińska medycyna skuteczniejsza od metod klinicznych (Romanowskich przybywa)? Ciekawym waszych komentarzy.

  13. November 30th, 2009 at 09:57 | #13

    sloniacz :

    http://dziecko.onet.pl/37053,0,0,chinska_metoda_na_nieplodnosc,1,artykul.html
    Chińska medycyna skuteczniejsza od metod klinicznych (Romanowskich przybywa)? Ciekawym waszych komentarzy.

    Nie przybywa, tylko coraz więcej ich wyłazi w mediach. Przedruk z Guardiana (rozczarowujące – bardziej bym się spodziewał w Sun takich głupot) to nie źródło – historyjki opowiadać każdy może. Bez porządnych badań to tylko dowód anegdotyczny.

  14. sloniacz
    November 30th, 2009 at 10:09 | #14

    Lukasz :

    Bez porządnych badań to tylko dowód anegdotyczny.

    Ale co tu badać. Leczyło się tyle i tyle kobiet a w ciąże zaszło tyle i tyle. Akurat tutaj skuteczność można określić na zasadzie tak/nie. A nie da się za bardzo podważyć statystyk podawanych przez ośrodki kliniczne (ich skuteczność dla kobiet w określonym wieku). Oczywiście daleki jestem od wysuwania daleko idących wniosków o skuteczności chińskiej medycyny w ogóle jednak w tym wypadku zdecydowanie wygrywa i to nie o kilka punktów procentowych.

  15. November 30th, 2009 at 10:15 | #15

    @ sloniacz:
    A czytałeś oryginalny tekst? Skuteczność tej medycyny opiera się na przypadkach lenistwa/zaniedbania w NHS, kiedy łatwo przechodzi się do proponowania IVF. W takiej sytuacji nawet naprotechnologia miałaby jakieś szanse. Jak komuś naprawdę potrzebna jest pomoc medycyny to ziółka nie naprawią jajowodu ani nie pomogą w zagnieżdżeniu zarodka.

  16. November 30th, 2009 at 10:53 | #16

    sloniacz :

    (Romanowskich przybywa)?

    To niestety prawda. Co gorsza, przybywa naiwnych, którzy dają się im oszukiwać.

    sloniacz :

    Ciekawym waszych komentarzy.

    Szczerze mówiąc, spodziewałem się przynajmniej pojedynczego badania porównującego efektywność, ale to jakiś zwykły reportażyk. Już na pierwszej stronie pojawia się pompowany autorytet w postaci Michaela Dooleya, który co prawda jest dyplomowanym ginekologiem, ale ostatnio specjalizuje się w bardziej odjechanych metodach, o czym możesz się przekonać, klikając w następujące linki:

    http://www.fitforfertility.com/
    http://www.thepoundburyclinic.com/

    Pierwszy to reklama książki, w której dr Dooley na poczęcie zaleca m.in. akupunkturę, refleksologię, ziółka, masaż “teraputyczny”, radzi myśleć pozytywne myśli oraz postawić sobie cel, np. “ZAJDĘ W PÓŁ ROKU”. Drugi prowadzi do jego kliniki, która już na dzień dobry informuje, że łączy konwencjonalną medycynę z alternatywną oraz oprócz leczenia doprowadza pacjenta do “utrzymania optymalnego stanu zdrowia”. Dr Dooley to więc taki Romanowski, który co prawda od dawna uprawia szamanizm, ale gdy trzeba wyglądać poważnie, ubiera się w kitel i wyciąga z szuflady dyplom.

    Druga rzecz: terapie “dr” Zhai zderza się ze statystykami in vitro. To samo robią naprotechnolodzy, przemilczając fakt, że po in vitro sięga się w najcięższych przypadkach, kiedy inne, mniej “inwazyjne” metody zawiodą.

    Lolkontent:

    Konsultacja u Zhai wygląda cokolwiek dziwacznie. Lekarka sprawdza język, puls, pyta o sen, czy pacjentka odczuwa pragnienie, jak często oddaje mocz i jakie jest wypróżnienie. Często każe zmienić dietę – zero cukru, kawy, alkoholu, nabiału, potraw mącznych, ostrych przypraw. Co miesiąc prosi też o wykres pomiarów temperatur.

    Powoli, z pomocą ziół i akupunktury, Zhai zaczyna regulować przepływającą przez ciało energię życiową, zwaną Qi. Zgodnie z prastarą wiedzą, od Qi zależy dobre zdrowie i metabolizm. Gdy krąży, dostarcza ciepła i rozprowadza w organizmie płyny. Każdy organ ma swój własny wzorzec Qi, każdy ma też reprezentację na języku, który dla Zhai stanowi coś w rodzaju mapy zdrowia. Jeśli jeden organ nie działa właściwie, wpływa to na resztę ciała. – Wystarczy, że w jednym miejscu pojawi się problem, by zaczął szwankować cały system – tłumaczy.

    Do częstych diagnoz należą m.in.: przegrzana wątroba, zastój krwi, gorąca wilgoć w podbrzuszu, powolny przepływ krwi do jajników – to daje obraz. Zhai mówi, że zmiany mogą się zacząć pojawiać już po trzech miesiącach, ale nie określa, ile czasu potrzeba na terapię: – Każda kobieta jest inna.

    Jedyny poważny człowiek pojawia się dopiero na ostatniej stronie artykułu – i trzeba oddać sprawiedliwość autorce reportażu, że mimo swojego entuzjazmu dla bohaterki uczciwie cytuje jego słowa, że przeprowadził jedno badanie na bardzo małej grupie. Sześciu mężczyznom wskutek terapii Zhai wzrosła liczebność plemników – ale terapia nie opierała się jedynie na ziółkach i akupunkturze, również na zmianie trybu życia – którą notabene zalecają również normalne kliniki leczenia niepłodności.

    To zresztą bardzo ciekawe, bo zauważam silne podobieństwo do działań pana Romanowskiego, który oprócz magicznych ziółek na Środkowego Podgrzewacza zaleca również zdroworozsądkowe zmiany stylu życia (na które nie ma copyrightu, stąd jeśli chce, żeby pacjenci wracali, musi odprawiać zielarskie czary-mary). Romanowski nie jest jedyny – wielu szarlatanów wie, że jeśli wśród mambo dżambo przemycą kwestię większej ilości ruchu czy zmiany diety, pacjenci poczują poprawę.

  17. sloniacz
    November 30th, 2009 at 11:22 | #17

    bart :

    wśród mambo dżambo przemycą kwestię większej ilości ruchu czy zmiany diety, pacjenci poczują poprawę.

    akurat byłem kiedyś u Romanowskiego z wizytą i wg niego kwestia diety i odpowiedniej ilości ruchu to nie przemycana informacja ale kwestia zasadnicza i pierwszorzędna. A jeśli chodzi o dietę Romanowski zaleca wegetariańską i rezygnację z nabiału i jego przetworów – tego przecież nie nazwiesz zdroworozsądkowym

  18. November 30th, 2009 at 11:34 | #18

    sloniacz :

    akurat byłem kiedyś u Romanowskiego z wizytą i wg niego kwestia diety i odpowiedniej ilości ruchu to nie przemycana informacja ale kwestia zasadnicza i pierwszorzędna.

    To po co jeszcze dokłada te swoje ziółka? Tzn. ja wiem, po co, ale czy ty wiesz?

    sloniacz :

    A jeśli chodzi o dietę Romanowski zaleca wegetariańską i rezygnację z nabiału i jego przetworów – tego przecież nie nazwiesz zdroworozsądkowym

    Akurat zalecanie diety wegetariańskiej jest jak najbardziej zgodne ze zdrowym rozsądkiem w Polsce, w której mięsa je się po prostu za dużo. Co do rezygnacji z nabiału, to kwestia jest ostro dyskusyjna, więc rada jest kontrowersyjna, ale nie głupia.

  19. janekr
    November 30th, 2009 at 11:36 | #19

    bart :

    Akurat zalecanie diety wegetariańskiej jest jak najbardziej zgodne ze zdrowym rozsądkiem w Polsce, w której mięsa je się po prostu za dużo.

    I Ty też, Brutalusie, uważasz, że w swoim życiu zjadłem już mięsa DOSYĆ, więc teraz mogę już dożyć swoich dni na tych wszystkich ryżykach i im podobnych…

  20. sloniacz
    November 30th, 2009 at 11:36 | #20

    bart :

    To po co jeszcze dokłada te swoje ziółka?

    nie wierzysz w lecznicze działanie ziół? Nie stawiałbym ich na jednej szalce z homeopatią bo medycyna klasyczna bardzo często z nich korzysta.

  21. November 30th, 2009 at 11:57 | #21

    sloniacz :

    bart :
    To po co jeszcze dokłada te swoje ziółka?

    nie wierzysz w lecznicze działanie ziół? Nie stawiałbym ich na jednej szalce z homeopatią bo medycyna klasyczna bardzo często z nich korzysta.

    Zła odpowiedź! Dokłada je, żeby pacjenci do niego wracali.

  22. anna
    December 2nd, 2009 at 11:07 | #22

    Świetny blog – wciąga . Pozdrawiam.

  23. December 2nd, 2009 at 11:09 | #23

    anna :

    Świetny blog – wciąga . Pozdrawiam.

    Dzięki! Mam nadzieję, że nie obrazisz się, że usunąłem link z twojego podpisu – nie jestem pewien, czy aby nie spamujesz.

Comment pages
1 ... 12 13 14 2449
  1. No trackbacks yet.