Archive

Archive for April, 2008

Tak powinno być w każdej parafii

April 23rd, 2008 17 comments

Znalezione na Something Awful:

YouTube Preview Image

Różnica między „Faktem” a „Wyborczą”

April 22nd, 2008 19 comments

To będzie krótki post — na początku wpisałem go jako komentarz pod poprzednim wpisem. Jednak ta historia zasługuje na więcej.

W firmie, w której pracuje moja koleżanka, na ścianie wiszą najciekawsze tytuły wycięte z gazety „Fakt”. ZNALAZŁEM HINDUSA W MLEKU, ATAK WŚCIEKŁEGO BOBRA itp. Ze swej strony dodałbym oczywiście okładkę wielkanocnego „Faktu”, z ogromnym cierpiącym Chrystusem oraz zajawką artykułu z wnętrza numeru: MĄŻ WBIŁ MI SIEKIERĘ W GŁOWĘ.

Mimo dużej kreatywności, tytularzom „Faktu” brakuje finezji, jaką mają ich konkurenci z Agory. Dziś w feedzie RSS gazety.pl zauważyłem perełkę. I uchowała się tylko w owym feedzie — artykuł na stronie ma już inny tytuł, Trygław jeden wie, co wydrukują w „Wyborczej”. Sama historia jest przednia:

Rev Adelir de Carli, katolicki ksiądz z Brazylii, zaginął. (…) Miał w planach pobić rekord 19 godzin spędzonych w powietrzu za pomocą baloników z helem. Wyposażony w spadochron, skafander, GPS, telefon satelitarny i wszystkie inne przybory zaginął na wysokości 6 tysięcy metrów.

A jej początkowy tytuł był prześlicznym haiku, z zachowaniem rytmiki i podziału na pięć, siedem i pięć sylab. Brakowało chyba tylko obowiązkowego dla haiku odniesienia do przyrody, można jednak dyskutować, czy za takie odniesienie nie uznać morderczego żywiołu, który pochłonął biednego duchownego. Ów tytuł, a w zasadzie piękny w swej prostocie wiersz brzmiał następująco:

Ksiądz uczepiony
tysiąca baloników
zaginął w niebie.

Tags:

Siwa legenda młodego Polaka

April 20th, 2008 18 comments

Kiedy usłyszałem „Polskie Drogi” w orędziu prezydenckim, miałem cichą nadzieję, że ich reżyserem był Bohdan Poręba, bo wtedy mógłbym, zachowując ciągłość konceptualną, napisać o nim dłuższą notkę. Niestety, serial reżyserował Morgenstern, więc niniejszy post jest wpisem od tzw. czapy.

Starszym czytelnikom nie muszę przedstawiać reżysera Poręby, młodszym mogę polecić poświęconą mu notkę w Wikipedii. Krótko mówiąc, reżyser Poręba to najczystsza manifestacja słów Miłosza „Jest ONR-u spadkobiercą Partia”, a do jego Zjednoczenia Patriotycznego „Grunwald” — gdyby istniało do dziś — zapisałoby się z pewnością wiele świetnych piór z psych24. Pokoleniu SMS dorzucę info, że Poręba jest pierwowzorem reżysera Zagajnego z filmu „Miś”.

Znacie zapewne teorię mówiącą, że od dowolnego człowieka na Ziemi dzieli nas ciąg zaledwie sześciu znajomych. Rozwinięciem tej teorii są zabawy w liczbę Erdősa czy liczbę Bacona. Na podobnej zasadzie można skonstruować liczbę Poręby:

  1. Poręba ma liczbę Poręby równą zero.
  2. Osoba znająca Porębę bezpośrednio ma liczbę Poręby równą jeden.
  3. Osoba znająca kogoś znającego Porębę ma liczbę Poręby równą dwa.

Moja liczba Poręby wynosi właśnie dwa. A było to tak:

W latach 90. pracowałem w „Gazecie Wyborczej” — a gdzie miałem pracować, będąc lewakiem, satanistą i wówczas jeszcze narkomanem? Byłem odpowiedzialny m.in. za dział recenzji nowości wideo. Co oznaczało, że co jakiś czas któryś z mniejszych tuzów rynku VHS uznawał mnie pomyłkowo za decydenta z GW i próbował zaskarbić sobie moją (czyli „Wyborczej”) przychylność lub przynajmniej mi zaimponować. Raz właśnie w takim celu zaprosił mnie do siebie właściciel firmy Neptun Video Center.

NVC specjalizowało się w dystrybucji filmów klasy D, E i F; można powiedzieć, że wprowadzało kapitalistyczny porządek w polski rynek przebojów typu „Paco: maszyna do zabijania”, kopiowanych z kasety na kasetę aż do kompletnego zamazu wizji. Produkcje NVC rzadko były u nas recenzowane, a jeśli już, to nie zbierały wielu gwiazdek. Pan prezes postanowił to zmienić. Przyjął mnie w stroju białym sportowym kontrapunktowanym złotą biżuterią, pokazał mi zdjęcie swojej żony (zaznaczając, że pozowała dla „Playboya”), poczęstował ciasteczkami („Coś mocniejszego może pan życzy?”) i opowiadał długo o swoich ambitnych planach wydawniczych. Najnajambitniejszym pomysłem było stworzenie wraz z reżyserem Porębą „Wideoteki młodego Polaka”, uczącej nowe pokolenia patriotyzmu, odkłamującej historię Rzeczypospolitej i ogólnie budzącej wzniosłe uczucia narodowe. Zadeklarowałem, że na pewno o tej inicjatywie napiszemy, być może nawet zrecenzujemy niektóre filmy z serii, po czym oddaliłem się spiesznie na Czerską. W redakcji opowiedziałem o tym pomyśle sąsiadom z działu kultury, porechotaliśmy żydłaczo i już.

Recenzji nie pisałem sam (nie bez powodu wyleciałem ze studiów dziennikarskich po trzech semestrach) — załatwiałem tylko filmy od dystrybutorów i rozdzielałem je między recenzentów. A było ich czterech: Jacek Szczerba, Paweł Mossakowski, młody, ale dobrze zapowiadający się pracownik działu zagranicznego Bartek Węglarczyk i bliżej nieznany ogółowi Andrzej Saramonowicz. Ten ostatni miał poważne problemy z recenzjami pozytywnymi, za to świetnie wychodziły mu tzw. zjebki totalne. Tak dobrze mu szły, że z biegiem czasu dostawał do oceny wyłącznie filmy złe i bardzo złe, za co zresztą darzył mnie osobistą antypatią. Miał u mnie monopol na filmy NVC, nic więc dziwnego, że to właśnie on napisał dla GW recenzję jedynej wydanej pozycji z serii „Wideoteka młodego Polaka”, a zarazem ostatniego do tej pory filmu Bohdana Poręby — „Siwej legendy”. Obraz ten zdążył już zebrać chłodne oceny np. na festiwalu w Gdyni. Bohdan Poręba, nie zważając na krytyków, w wywiadzie dla organu Leszka Bubla „Tylko Polska” nazwał swoje dzieło „moralnym zwycięzcą tego festiwalu”, choć jurorzy docenili „Siwą legendę” wyłącznie za kostiumy. Był to bowiem film kostiumowy — cytuję streszczenie za witryną filmpolski.pl:

Kresy siedemnastowiecznej Rzeczpospolitej, na styku żywiołów: polskiego, litewskiego i białoruskiego, gdzieś koło Kamienia Pomorskiego. Namiętna i gwałtowna Lubka darzy przyjaźnią Romana z Rakutowicz i kniazia litewskiej krwi — Kizgajłę. Pierwszy jest refleksyjny, drugi gwałtowny, nieokiełznany w odruchach, nieco dziki. Serce Lubki nie umie wybrać. Ani w dzieciństwie, ani teraz, kiedy obaj są okrytymi sławą rycerzami. W dzieciństwie wszyscy troje wzięli udział w wyprawie po ptaka szczęścia. Każde z nich szczęście widziało inaczej. Lubka chciała być kochaną… W porywie zazdrości o Lubkę Kizgajło strzela do ptaka szczęścia. Od tej pory złowrogie fatum zawisa nad ich losem…

Andrzejowi Saramonowiczowi „Siwa Legenda” bardzo się nie podobała: nazwał ją „słuchowiskiem radiowym, do którego ktoś dołożył niechlujnie dokręcone obrazki”:

„Roześlijcie wici!” — krzyczy ktoś. Następna scena — jadą jeźdźcy i krzyczą: „Wici wieziemy!”. Kolejna — jeźdźcy zsiadają z koni: „Wici przywieźliśmy!”.

Całość można przeczytać w internetowym archiwum GW, chociaż z pewnymi skrótami — jestem pewien, że w papierowym oryginale było coś o biczującym się Leonie Niemczyku. W archiwum nie znajdziecie też listów od wdzięcznych czytelników, którzy zwierzali się, że recenzję „Siwej legendy” czytali ze łzami wzruszenia w oczach.

Dziś o „Siwej legendzie” mało kto słyszał, Saramonowicz nie pisuje już dla „Wyborczej”, za to reżyser Poręba jest wciąż aktywny na polu walki o wolną Polskę. Fotografuje się z inną gwiazdą komunoendecji Bolesławem „Bernardem” Tejkowskim (co oznacza, że moja liczba Tejkowskiego wynosi najwyżej trzy), prowadzi dwie oryginalne interpunkcyjnie strony internetowe (raz, dwa) oraz bloga w agorowskim portalu. Jak sam pisze, jest członkiem władz „STRONNICTWA NARODOWEGO , KRESOWEGO RUCHU PATRIOTYCZNEGO , STOWARZYSZENIA PATRIOTYCZNEGO WOLA-BEMOWO,RUCHU OBRONY GODNOŚCI NARODU POLSKIEGO”, co jest dowodem na to, że nawet będąc członkiem władz, można nie umieć wyłączyć Caps Locka.

Jeśli chodzi o aktywność na polu sztuk wizualnych, reżyser Poręba nieco przycichł, aczkolwiek parę lat temu wystawił na kongresie Samoobrony sztukę teatralną „Zmartwychwstanie”, autorstwa Lusi Ogińskiej, żony swojego starego znajomego Rysia Filipskiego. Nie ma co rzucać oskarżeniami o grafomanię, wystarczy obejrzeć zwiastun sztuki lub zacytować wybrany na ślepo jej fragment:

Działo się to rankiem od słońca nabrzmiałym.
Dawno już ucichły złowieszcze tętnienia
nocy -i jej łona, chmurzysk pociemniałych –
niebo rozjaśnione po żałobnych pieniach.
I chociaż nie było widać gwiazd srebrzystych,
które łzami są przecie na policzkach Boga,
wciąż powietrze drżało tchnieniem pustoczystym
niosąc ostrzeżenie w swoich niemych słowach.

Reżyser Poręba ma najwyraźniej dar zrażania do siebie ludzi — oprócz wspomnianego wyżej wywiadu, w wydawnictwach Bubla pisze się o nim wyłącznie źle, jego stary kumpel Filipski prosi, żeby jego nazwiska nie łączyć z Porębą w jednym zdaniu i mówi o nim: „nawet go lubiłem, bo żal mi było tego człowieka, który przez tyle lat musi nosić na karku tak ograniczony umysł”. W przypadku „Zmartwychwstania” udało się Porębie zrazić do siebie Lusię Ogińską, zmieniając jej zakończenie sztuki. Jak pisze anonimowy recenzent na stronie zmartwychwstanie.com:

Dodali zmartwychwstającego Chrystusa, schodzącego z krzyża, błogosławiącego oślepły tłum i dającego nadzieję na zmartwychwstanie narodu polskiego w imię Jego a nie w imię szatana. Na takim zakończeniu sztuka tylko zyskała a pani Lusia Ogińska nic nie straciła.

Anonimowy recenzent to zapewne sam reżyser Poręba — w dalszej części recenzji skarży się na cenę wypożyczenia menory do spektaklu oraz konieczność płacenia dyrektorom teatrów z góry za wynajęcie sali.

Lusi Ogińskiej zmiana zakończenia zepsuła najwyraźniej wymowę całego dzieła, bo obraziła się na Porębę śmiertelnie. „[M]am nadzieję, że zobaczę kiedyś moje Zmartwychwstanie wystawione z należnym szacunkiem dla tekstu poetki”, mówiła w wywiadzie autorka, przed „Zmartwychwstaniem” znana głównie z pisanej dla dzieci sagi o Roztoczańskich Krasnalach.

Poręba jest niewątpliwie „szemranym endekiem”, z korzeniami w PZPR i konszachtami z innymi tajemniczymi osobnikami w stylu Tejkowskiego czy Leppera. Gdybym był prawdziwym prawicowcem, miałbym go pewnie za człowieka ze starych służb. Co ciekawe, jego „Zmartwychwstanie” można obejrzeć w TV Trwam, premierę światową sztuka miała w Chicago za pieniądze Kongresu Polonii Amerykańskiej, a jej autorka jest blisko związana z USOPAŁ Jana Kobylańskiego, sponsora Radia Maryja. Reżyser Zagajny odnalazł się jakoś w nowej rzeczywistości.

Porażenia w kontaktach z mediami

April 4th, 2008 5 comments

W moich ostatnich kontaktach z mediami elektronicznymi zdarzyły się dwie chwile porażające. Pierwsza — kiedy obejrzałem wreszcie orędzie prezydenckie (ej, byłem na urlopie). Czytałem wcześniej o ślubie gejów, o Merkel, Steinbach i czarnych plamach na mapie Polski, ale jakoś nie zarejestrowałem informacji o podkładzie muzycznym. I kiedy w słowa prezydenta wplotły się nagle znane mi z dzieciństwa tony fortepianu, świat zawirował, przed oczami stanął kapral Kuraś, Henryk Talar jako SS-man i ginący Strasburger.

Druga porażająca chwila nadeszła wczoraj, kiedy przeczytałem newsa o Piotrze Kraśko. Ów anchorman TVP napisał książkę „Kiedy świat się zatrzymał”. Sądząc po okładce, świat zatrzymał się na widok Piotra Kraśko podpierającego ręką brodę w geście głębokiej zadumy. Dzieło opowiada o Piotrze Kraśko relacjonującym ostatnie chwile Papieża Polaka.

Żaden to news, książka ukazała się trzy lata temu. Ważniejsze jest to, co Kraśko wyznał ledwie przedwczoraj w TVP Info. Wczesnym wieczorem 2 kwietnia 2005, gdy nasz prezenter dzielnie stał na dachu i donosił milionom Polaków, że Jan Paweł II zapadł w śpiączkę, zadzwonił do niego biskup Dziwisz i poinformował, że papież wciąż jest przytomny, co więcej, ogląda właśnie Kraśkę w TVP.

Oficjalnie ostatnie słowa papieża to zdanie “Szukałem was, teraz przyszliście do mnie i za to wam dziękuję”. Nie zdziwiłbym się, gdyby niedługo wcześniej wyszeptał:

Jak on sepleni! Kto go wpuścił na wizję?